Ten dyfuzor wygląda jak sprzęt hi-fi i właśnie dlatego przyciąga uwagę

Date:

Share:

Nie spodziewałam się, że urządzenie do zapachu w mieszkaniu może obudzić we mnie sentyment do sprzętu hi-fi. A jednak Droplet Scent Amplifier, z drewnianą podstawą, szklanym elementem przypominającym lampę i jednym srebrnym pokrętłem, ma w sobie więcej charakteru niż zdecydowana większość dyfuzorów, które zwykle wyglądają jak bezosobowe nawilżacze z działu AGD. To drobiazg dla ludzi, którzy lubią, gdy przedmiot codzienny ma własny rytuał obsługi i nie psuje starannie urządzonego salonu.

Sam pomysł jest rozbrajająco prosty. Stawiamy urządzenie na półce, wlewamy ulubiony olejek, obracamy pokrętło i regulujemy intensywność aromatu prawie tak, jak regulowałoby się głośność muzyki. Oczywiście porównanie do wzmacniacza lampowego jest tu przede wszystkim zabawą formą, a nie obietnicą audiofilskich emocji. Mimo to rozumiem jego siłę. W świecie domowych gadżetów, które często chowamy za rośliną albo pod stołem, Droplet może stać na widoku bez żadnego zakłopotania.

Dyfuzor, którego nie trzeba ukrywać

Największą zaletą Scent Amplifier jest moim zdaniem projekt. Podstawa w odcieniu orzechowego drewna daje mu odrobinę retro ciepła, a ręcznie dmuchany szklany zbiornik wnosi lekkość. Gdy urządzenie działa, szklany element subtelnie się podświetla. Efekt mógł łatwo skręcić w stronę dekoracji z hotelowego lobby, ale tutaj wydaje się powściągliwy i całkiem elegancki.

To ważniejsze, niż na początku można sądzić. Dyfuzory zapachowe kupuje się zwykle z myślą o atmosferze, a potem szybko okazuje się, że ich wygląd przeczy całej idei przytulnego wnętrza. Plastikowa obudowa, migające diody, zbiornik na wodę, który trzeba czyścić z osadu – znam ten schemat aż za dobrze. Droplet sprzedaje przede wszystkim doświadczenie bardziej dopracowane wizualnie. I uczciwie mówiąc, cena 80 funtów, czyli około 420 zł, zaczyna mieć sens właśnie wtedy, gdy potraktujemy go także jak obiekt do wnętrza.

Droplet Scent Amplifier
fot. Droplet

Bez wody, bez mokrej mgiełki

Od strony technicznej Scent Amplifier korzysta z nebulizacji sprężonym powietrzem. Olejek nie jest rozcieńczany wodą ani podgrzewany. Mechanizm rozbija go na bardzo drobną mgiełkę, która ma rozprowadzać zapach po pomieszczeniu. W praktyce oznacza to brak dodatkowej wilgoci w powietrzu i brak zbiornika, w którym po kilku dniach zaczyna się mniej przyjemna część domowej aromaterapii: płukanie, suszenie i walka z nalotem.

To rozwiązanie przekonuje mnie bardziej niż typowy ultradźwiękowy dyfuzor, zwłaszcza w małym mieszkaniu. Nie każdy chce zimą dodawać do powietrza kolejną porcję wilgoci, gdy na szybach i tak pojawia się poranny ślad po nocnym gotowaniu. Warto jednak pamiętać, że nierozcieńczony olejek ma zwykle wyraźniejszy charakter. Zbyt intensywna kompozycja potrafi zdominować pokój szybciej niż świeca zapachowa, której zapach narasta łagodnie.

Dlatego podoba mi się obecność fizycznego pokrętła. Aplikacja do sterowania aromatem byłaby tu pomysłem wręcz komicznym. Jednym ruchem można dobrać intensywność do wielkości pokoju, pory dnia i własnej tolerancji na nuty drzewne, cytrusowe czy słodkie. Zapach ma tworzyć tło, a nie wchodzić do mieszkania pięć sekund przed nami.

Droplet Scent Amplifier
fot. Droplet

Jest też lekki pomruk, jak przystało na wzmacniacz

Producent nie ukrywa, że podczas pracy słychać delikatny dźwięk kompresora powietrza. Przy większej intensywności staje się wyraźniejszy, choć w normalnym mieszkaniu powinien ginąć pod dźwiękiem rozmowy, muzyki czy zwykłego życia za oknem. Dla osób bardzo wrażliwych na wszelkie jednostajne odgłosy może to być drobna wada. Ja akurat wolę taki cichy mechaniczny pomruk od natarczywego bulgotania wielu nawilżaczy, ale sypialnia osoby śpiącej w absolutnej ciszy nie byłaby dla niego idealnym miejscem.

Wbudowany akumulator ładowany przez USB-C ma wystarczyć na maksymalnie 15 godzin pracy. Urządzenie działa w cyklach: przez trzy minuty rozpyla aromat, a później na dwie minuty robi przerwę. To rozsądne, ponieważ zmysł węchu szybko przyzwyczaja się do zapachu. Ciągłe pompowanie olejku przez wiele godzin byłoby zwyczajnym marnotrawstwem, a po pewnym czasie i tak przestalibyśmy go zauważać.

Droplet Scent Amplifier
fot. Droplet

Gdzie kończy się przyjemność, a zaczyna luksusowy nawyk?

Droplet Scent Amplifier jest dostępny samodzielnie za 80 funtów, czyli około 420 zł. Zestaw z sześcioma olejkami kosztuje 125 funtów, czyli około 660 zł. Za tę kwotę można kupić kilka przyzwoitych dyfuzorów, świece na cały sezon albo bardzo ładną lampkę stołową. Nie ma sensu udawać, że to zakup z kategorii domowej konieczności.

W dodatku przy urządzeniach nebulizujących liczy się jakość używanych olejków. Ich cena i tempo zużycia staną się częścią kosztu posiadania, a zapachy trzeba wybierać ostrożnie, szczególnie gdy w domu są dzieci, zwierzęta albo osoby z alergiami i wrażliwością oddechową. Olejków nie warto traktować jak niewinnej dekoracji. Naturalne pochodzenie nie gwarantuje, że każdy aromat będzie dla każdego komfortowy.

Mimo tych zastrzeżeń widzę dla niego miejsce. To propozycja dla osoby, która już wie, że lubi otaczać się zapachami, nie chce kolejnego plastiku na komodzie i ma słabość do przedmiotów z analogową logiką obsługi. Równie dobrze sprawdzi się w gabinecie, salonie czy przy domowej biblioteczce. W łazience jego estetyka trochę by się zmarnowała, chyba że ktoś urządził ją z większą czułością niż większość mieszkań.

Droplet Scent Amplifier
fot. Droplet

Mały luksus z pokrętłem

Mam wrażenie, że Droplet trafił w bardzo konkretną potrzebę: chcemy, by dom był przyjemny dla zmysłów, ale coraz mniej cierpliwie znosimy rzeczy, które tylko spełniają funkcję. Scent Amplifier nie zrewolucjonizuje aromaterapii i nie sprawi, że zapach bergamotki rozwiąże wszystkie problemy po ciężkim dniu. Za to porządkuje banalny rytuał w atrakcyjną formę i dodaje mu odrobinę przyjemnej materialności.

Czy kupiłabym go wyłącznie po to, aby mieszkanie pachniało? Raczej nie. Jeśli jednak miałabym już wydać pieniądze na domowy dyfuzor, wolałabym taki, który daje się obsłużyć jednym pokrętłem, nie wymaga dolewania wody i wygląda dobrze także wtedy, gdy akurat niczego nie rozpyla. Czasem projekt nie jest ozdobnikiem funkcji. Czasem sprawia po prostu, że chce się z niej korzystać.

━ warto przeczytać

Mini Hogwart – LEGO znalazło sposób, by zmieścić magię na półce

LEGO Harry Potter Mini Hogwarts Castle ma 700 elementów, kosztuje 169,99 zł i celuje w fanów, którzy chcą mieć kawałek Hogwartu bez przeprowadzki do większego mieszkania. Sprawdzam, czy mikroskala daje tu więcej niż kolejną licencjonowaną ozdobę.

Sekator skapitulował? Worx wchodzi do gry

Worx WG327E to lekka, akumulatorowa piła do gałęzi, która ma odczarować najbardziej męczący etap ogrodowych porządków. Sprawdzam, czy 1,42 kg, 15 cm cięcia i akumulator PowerShare rzeczywiście składają się na sensowny sprzęt, a nie kolejny gadżet do szopy.

Oczyszczacz do małej sypialni nie musi wyglądać jak serwerownia. IKEA ma na to odpowiedź

Mały IKEA Uppåtvind wraca w nowych kolorach i z cichszym trybem do sypialni. To prosty oczyszczacz do naprawdę małych pomieszczeń, który ma sens wtedy, gdy nie oczekujemy od niego cudów.

Duszek z jednej strony, pająki z drugiej. Taka dekoracja na Halloween ma sens

IKEA KUSTFYR to dwustronna, bawełniana poszewka z duszkiem i pająkami. Kosztuje 15,99 zł, a przy odrobinie dystansu może być najprostszym sposobem na sezonową zmianę nastroju w mieszkaniu.

Ben Affleck znów reżyseruje. „Animals” wygląda jak thriller dla tych, którzy mają dość grzecznego Netflixa

Ben Affleck wraca za kamerę i przed kamerę w thrillerze „Animals”, gdzie kampania polityczna miesza się z rodzinnym koszmarem. Zwiastun sugeruje kino napięcia bardziej brudne i nerwowe niż typowa streamingowa produkcja na jeden wieczór.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj