Netflix nauczył nas już, że algorytm potrafi podsunąć wszystko: serial o mordercy, komedię romantyczną z przypadkowym księciem i thriller, którego tytułu nie pamięta się pięć minut po napisach. „Animals” przyciąga mnie z innego powodu. Ben Affleck stanął tu jednocześnie przed kamerą i za nią, a ten podwójny etat zwykle oznacza, że twórca ma na film wyraźniejszy pomysł niż tylko kolejną pozycję do przewijania katalogu.
W zapowiedzi widać polityka Marka Kimballa walczącego o fotel burmistrza Los Angeles. Z pozoru ma życie uporządkowane jak sztabowa prezentacja: kampanię, rodzinę, publiczny wizerunek i zapewne sztab ludzi od gaszenia każdego kłopotliwego pożaru. Potem pojawiają się telefony, presja i narastające poczucie, że prywatny dramat zaraz połknie jego polityczne ambicje. Film nie wykłada wszystkich kart na stół, ale bardzo mocno sugeruje zagrożenie wymierzone w dzieci Kimballów.
Affleck najlepiej czuje się tam, gdzie porządek szybko się kruszy
Nie jestem bezkrytyczną wyznawczynią każdego filmu z Benem Affleckiem, ale jako reżyser ma on jedną konkretną zaletę: potrafi nadać kryminalnej historii ciężar codzienności. W „Miasto złodziei” Boston nie był dekoracją do pościgów, tylko miejscem z własnymi lojalnościami, klasowymi napięciami i starymi rachunkami. „Operacja Argo” działała zaś dlatego, że nawet w niemal niewiarygodnej misji czuło się pot i chaos pracy ludzi, którzy nie mają komfortu jednego błędu.
„Animals” zapowiada podobny kierunek, choć tym razem stawką ma być dom, nie napad ani akcja ratunkowa za granicą. Affleck gra człowieka, który zawodowo powinien wyglądać na opanowanego, a prywatnie traci grunt pod nogami. To wdzięczny materiał dla aktora, który umie pokazać zmęczenie, wściekłość i bezradność bez rozpisywania ich wielkim gestem. Mam wrażenie, że właśnie ta przygaszona, napięta energia może być mocną stroną filmu.

Polityk w pułapce to wcale nie musi być banał
Motyw kandydata na ważny urząd, któremu życie osobiste rozpada się w najgorszym możliwym momencie, jest oczywiście znany. Kino i seriale od dawna wiedzą, że człowiek w garniturze ma znacznie więcej do stracenia, gdy telefon dzwoni w nocy. Łatwo byłoby zamienić ten pomysł w historię o wizerunku, sondażach i nerwowych konferencjach prasowych. Zwiastun „Animals” sugeruje jednak coś ciaśniejszego i bardziej osobistego: opowieść o małżeństwie poddanym presji, której żadna kampanijna strategia nie jest w stanie rozbroić.
U boku Afflecka pojawia się Kerry Washington jako żona Marka. To obsada, która daje nadzieję, że bohaterka nie zostanie jedynie osobą od płaczu w kuchni i odbierania dramatycznych telefonów. Washington ma świetne wyczucie postaci twardych, lecz niepozbawionych pęknięć, więc jej obecność może przesunąć środek ciężkości z historii o samotnym zbawcy ku historii dwojga ludzi reagujących zupełnie inaczej na to samo zagrożenie.

Stephen Yeun i Gillian Anderson pachną komplikacją
W krótkiej zapowiedzi Stephen Yeun wygląda na człowieka od zadań, których nikt rozsądny nie wpisuje do oficjalnego opisu stanowiska. Może być ochroniarzem, fixerem albo kimś znacznie mniej oczywistym. Ten typ postaci często pełni w thrillerach funkcję fabularnego klucza francuskiego: przychodzi, gdy sytuacja jest już na tyle zła, że zwykłe narzędzia przestają wystarczać. Yeun potrafi grać uprzejmość z cieniem niepokoju, dlatego liczę, że film dobrze wykorzysta tę dwuznaczność.
Jeszcze bardziej intrygująco wypada Gillian Anderson, której wejście w zwiastunie ma klasę osoby doskonale wiedzącej, że w cudzym kryzysie można mieć przewagę. Kim jest dla Kimballa? Specjalistką od zarządzania kryzysem, sojuszniczką, przeciwniczką, a może kimś, kto od początku zna zasady tej gry? Nie potrzebuję, by trailer odpowiedział na to pytanie. Wystarczy, że nie zdradza za dużo, a dziś jest to zaskakująco rzadki odruch marketingowy.

Kinowa premiera tego samego dnia co streamingowa
„Animals” ma trafić do kin w ograniczonej dystrybucji 9 października, dokładnie tego samego dnia, w którym pojawi się w serwisie Netflix. Taka premiera jest wygodna dla widzów, choć zostawia we mnie lekkie poczucie niedosytu. Thrillery o dusznej atmosferze, spojrzeniach i rozmowach prowadzonych półgłosem zyskują na dużym ekranie. W domu łatwo przerwać napięcie po chwili, bo kurier dzwoni, pralka kończy program albo ktoś uznaje, że trzeba natychmiast sprawdzić pogodę na weekend.
Z drugiej strony trudno obrażać się na wybór. Dobra premiera równoległa daje szansę zarówno tym, którzy chcą wyjść do kina, jak i tym, którzy wolą obejrzeć film pod kocem bez ryzyka, że ktoś obok będzie chrupał nachosy w scenie wymagającej absolutnej ciszy. Jeśli „Animals” faktycznie okaże się gęstym thrillerem, powinien obronić się w obu warunkach. A jeśli nie, przynajmniej nie trzeba będzie długo szukać biletu ani parkingu.

Netflixowi przyda się odrobina brudu
Streaming nie cierpi na brak premier, ale często brakuje mu wyrazistego tonu. Produkcje bywają poprawne, obsadzone rozpoznawalnymi nazwiskami i skrojone tak, by przez dwa wieczory dominować w rankingu oglądalności. Potem zostają po nich pojedyncze kadry oraz uczucie, że obejrzało się coś bardzo podobnego do pięciu rzeczy sprzed miesiąca.
„Animals” ma szansę wyjść poza ten schemat, bo łączy sprawdzoną obsadę z reżyserem, który nie wygląda na zainteresowanego wygładzaniem świata. Oczywiście zwiastun potrafi być lepszy od całego filmu, a historia o porwaniu i politycznych interesach łatwo może ugrzęznąć w przewidywalnych skrótach. Mimo to czekam z ostrożnym optymizmem. Affleck, Washington, Yeun i Anderson w opowieści o rodzinie doprowadzonej pod ścianę to zestaw, któremu warto dać szansę. Zwłaszcza jeśli tę jesień mamy znów spędzić z pilotem w ręku, wybierając między produkcją głośną a produkcją naprawdę napiętą.