Panele solarne nauczyły nas jednego: własny prąd w terenie jest cudowny aż do chwili, gdy słońce znika za chmurami, drzewami albo po prostu kończy dzień. Ventyra R1, czyli składana turbina wiatrowa ważąca około 1 kg wygląda jak sprzęt, który z przyjemnością zabrałabym na dłuższy wyjazd z kamperem, rowerem albo do bazy nad jeziorem. Z plecakiem i samotnym noclegiem w lesie byłabym już ostrożniejsza, bo wiatr ma fatalny zwyczaj pojawiać się wtedy, gdy akurat nie ustawiliśmy turbiny, a znikać, kiedy jej naprawdę potrzebujemy.
Nowy projekt z Denver próbuje zmieścić małą elektrownię w formacie, który nie wymaga przyczepki, masztu ani cierpliwości hydraulika. To ambitne zadanie, bo przenośna energia wiatrowa przez lata kojarzyła się raczej z jachtami i domkami poza siecią niż z boczną kieszenią plecaka. Ventyra R1 ma ten układ uprościć: rozkładany trójnóg, cztery elastyczne łopaty, kabel XT60 i prąd kierowany do zewnętrznego huba z portami USB.
Pomysł, który ma sens po zachodzie słońca
W plenerze solar i wiatr nie muszą się wzajemnie zwalczać. Właściwie stanowią całkiem rozsądną parę. Panel fotowoltaiczny pracuje dobrze podczas słonecznego postoju, za to turbina ma szansę przydać się wieczorem, w pochmurny dzień albo w miejscach, gdzie promienie słońca przegrywają z gęstym lasem czy ścianą doliny. W teorii brzmi to jak drobne uniezależnienie się od gniazdka, a nie kolejny gadżet kupowany tylko po to, by przez dwa weekendy prezentował się dobrze na zdjęciach.
Ventyra deklaruje moc szczytową 75 W i rozruch przy wietrze o prędkości 3 m/s. To lekki wiatr, przy którym liście zaczynają się poruszać, lecz człowiek nie ma jeszcze wrażenia, że walczy o fryzurę. Jeżeli te parametry sprawdzą się poza kontrolowanymi warunkami, R1 może spokojnie doładowywać powerbank, telefon, czołówkę, aparat czy niewielkie urządzenia USB. W podróży taki spokojny dopływ energii bywa wystarczający. Nie potrzebuję przecież zasilać ekspresu do kawy na szlaku, choć podejrzewam, że internet prędzej czy później spróbuje.

Składanie bez śrubek to większa zaleta, niż brzmi
Najbardziej przekonuje mnie konstrukcja przeznaczona do szybkiego rozstawienia. Łopaty R1 składają się płasko wzdłuż korpusu, a nogi trójnogu chowają równolegle do niego. Nie trzeba odkręcać drobnych elementów, wkładać ich do woreczka i potem szukać jednego w trawie, co w outdoorze jest niemal osobną dyscypliną sportu. Po rozłożeniu łopaty mają zatrzasnąć się w pozycji roboczej, a turbina sama ustawia się do kierunku wiatru.
To właśnie tu Ventyra R1 ma przewagę nad większymi turbinami turystycznymi. Teoretycznie można kupić mocniejszy generator, ale jeśli do jego transportu potrzebny jest ciężki maszt, dodatkowy kontroler ładowania i duża dawka samozaparcia, przestaje pasować do idei lekkiego wyjazdu. Kilogram sprzętu nadal da się obronić. Zwłaszcza w vanie, na kempingu, podczas wyprawy rowerowej czy w stałej bazie, do której wraca się po trekkingu.

75 W na etykiecie, a wiatr przy ziemi ma własne zdanie
Moc 75 W jest wartością szczytową, uzyskiwaną w sprzyjających warunkach. Wiatr przy ziemi bywa poszarpany przez drzewa, namioty, auta, skarpy i budynki. Raz pcha łopaty mocniej, po chwili milknie. Stabilne 50 W może wymagać znacznie równiejszego przepływu powietrza, niż zwykle oferuje polana przy kempingu.
Nie skreślałabym przez to projektu. Po prostu patrzyłabym na niego jak na uzupełnienie porządnego powerbanku, a nie awaryjną elektrownię, której można bezwarunkowo zaufać. Taka turbina ma zbierać energię, kiedy warunki są po jej stronie. Próba wymuszenia produkcji prądu w bezwietrznej dolinie skończy się prawdopodobnie długim patrzeniem na nieruchome łopaty i przypomnieniem sobie, dlaczego panele słoneczne zdominowały rynek outdoorowy.
Jest jeszcze sprawa stabilności. Lekka konstrukcja jest świetna w plecaku, lecz podczas silniejszych podmuchów wymaga dobrego ustawienia i solidnego zabezpieczenia. Zdjęcia prototypu budzą we mnie pytanie, jak R1 zachowa się na otwartej plaży, górskiej przełęczy czy nad jeziorem, gdy wiatr przestaje być miłym szelestem liści. Producent powinien bardzo wyraźnie pokazać, jak mocować zestaw do podłoża i kiedy lepiej go złożyć, zamiast liczyć na brawurę użytkowników.

Deszcz pozostaje niewygodnym szczegółem
W energetyce terenowej pogoda jest wszystkim, dlatego brak deklarowanej odporności na wodę trudno uznać za detal. Twórcy zalecają złożenie urządzenia podczas intensywnego deszczu i ochronę huba zasilającego przed wilgocią. Rozumiem ostrożność przy elektronice, ale trudno nie zauważyć pewnej ironii: sprzęt nastawiony na łapanie wiatru może potrzebować schowania się właśnie wtedy, gdy wiatr przychodzi wraz z deszczowym frontem.
Do tego hub z portami USB nie wchodzi w skład zestawu. Trzeba więc sprawdzić kompatybilność i doliczyć koszt odpowiedniego akumulatora lub stacji zasilania z wejściem XT60. To nie przekreśla Ventyry R1, ale zmienia sposób myślenia o zakupie. Sam wirnik nie jest gotowym źródłem USB dla telefonu. Jest elementem większego układu, który wymaga sensownie dobranej baterii pośredniczącej.

Kickstarter wymaga chłodnej głowy
Ventyra R1 jest oferowana w kampanii crowdfundingowej za 179 dolarów, czyli około 720 zł. Ma to być 40% mniej od planowanej ceny detalicznej, wynoszącej około 298 dolarów, czyli około 1190 zł. Kampania osiągnęła cel finansowania, a twórcy pokazują działający prototyp i testy przedprodukcyjne. To dobry sygnał, jednak nadal mówimy o pierwszym produkcie młodej firmy, a nie o urządzeniu od marki, która od dekady produkuje elektronikę w dużych seriach.
W crowdfundingu płaci się częściowo za obietnicę. Terminy potrafią się przesunąć, produkcja może wymusić zmiany materiałów, a gotowy sprzęt czasem różni się od tego z filmu promocyjnego bardziej, niż inwestorzy chcieliby przyznać. Planowane dostawy od grudnia brzmią optymistycznie, ale do takiej daty podchodziłabym jak do prognozy pogody na długi weekend: warto ją znać, lecz nie warto na niej opierać całego wyjazdu.
Komu Ventyra R1 może się przydać?
Widzę dla niej miejsce przede wszystkim w spokojniejszym outdoorze. W kamperze, na biwaku nad wodą, w małej bazie wędkarskiej, na działce bez stałego zasilania czy podczas kilkudniowego wyjazdu rowerowego. Tam można rozstawić urządzenie w otwartej przestrzeni, zostawić je na dłużej i pozwolić mu cierpliwie uzupełniać energię w powerbanku. To także ciekawa opcja dla osób, które już korzystają z panelu solarnego i chcą zmniejszyć zależność od jednego źródła energii.
Dla ultralekkiej turystyki pieszej nadal wybrałabym przede wszystkim duży powerbank i dobrze dobrany panel solarny. Turbina ważąca 1 kg jest wprawdzie lekka jak na generator, ale na kilkudniowym marszu każdy kilogram trzeba potem nosić pod górę. R1 wymaga też miejsca z wiatrem i chwili postoju, a tych zasobów w prawdziwej wędrówce czasem brakuje bardziej niż energii w telefonie.
Ventyra R1 ma w sobie coś bardzo pociągającego: obietnicę prądu wyciąganego z powietrza, bez hałasu agregatu i bez szukania wolnego gniazdka w sanitariatach kempingu. Nie kupowałabym jej jednak pod wpływem samej wizji. Poczekałabym na niezależne testy finalnej wersji, szczególnie w zmiennym wietrze i przy dłuższym użytkowaniu. Jeśli deklaracje okażą się uczciwe, może to być jeden z tych gadżetów outdoorowych, które nie zastępują rozsądku, ale bardzo przyjemnie go wspierają.