W plenerze prąd zawsze ma własny charakter: znika wtedy, gdy najbardziej potrzebujemy naładować telefon, laptop i aparat jednocześnie. Iris T1 podchodzi do tego problemu z wdziękiem małego robota-ogrodnika. Rozstawiamy urządzenie, a panel sam obraca się za słońcem, zamiast zostawać w pozycji, którą ustawiłyśmy rano i o której zapomniałyśmy po pierwszej kawie.
Przyznam, że na widok kolejnych przenośnych stacji zasilania zwykle reaguję umiarkowanym zainteresowaniem. Są praktyczne, lecz często wyglądają jak czarne skrzynki, do których trzeba osobno dopakować ciężki panel, przewody i cierpliwość do ustawiania wszystkiego we właściwym kierunku. Iris T1 jest inny w bardzo konkretnym sensie: bateria i panel tworzą jeden, mobilny zestaw. Nie rozwiązuje wszystkich energetycznych problemów na campingu, ale dobrze rozumie potrzeby osób, które zabierają technologię daleko od gniazdka.
Panel, który nie porzuca słońca po śniadaniu
Sercem Iris T1 jest panel fotowoltaiczny o mocy 32 W, obracający się w dwóch osiach. Mechanizm ma sam podążać za słońcem w ciągu dnia. Producent deklaruje, że wobec nieruchomego panelu może to zwiększyć uzysk energii nawet o 40%. To oczywiście obietnica z warunkami drobnym drukiem: znaczenie ma pogoda, miejsce rozstawienia, zacienienie i pora roku. Sama idea broni się jednak bez zastrzeżeń.
W podróży mało kto chce co godzinę przestawiać panel. Na biwaku człowiek zajmuje się śniadaniem, trasą, dziećmi, pogodą albo po prostu odpoczywa. Automatyka jest tu bardziej wartościowa niż efektowna. Pozwala odzyskać część energii, która zwykle przepada tylko dlatego, że słońce przesunęło się o kawałek, a my miałyśmy ciekawsze rzeczy do zrobienia niż pełnienie dyżuru przy fotowoltaice.
Zestaw ma odpinane nóżki tworzące stabilną podstawę podobną do trójnogu. Panel mocuje się magnetycznie, a przygotowanie urządzenia ma zajmować mniej niż minutę. Dostępne są dwa warianty: stały oraz składany. Składany łatwiej spakować, natomiast stały ma lepiej radzić sobie przy zachmurzonym niebie. To rozsądny wybór między miejscem w bagażu a próbą wyciśnięcia z kapryśnej pogody kilku dodatkowych watów.

Mała stacja dla laptopa, telefonu i pracy poza miastem
W okrągłej podstawie Iris T1 mieści się wyjmowany akumulator o pojemności 270 Wh. Całość waży około 4,5 kg, więc nie jest to sprzęt na pieszą wędrówkę z całym dobytkiem na plecach. Do vana, samochodu, na działkę, łódź czy bazę fotograficzną w plenerze wydaje się za to wymiarem bardzo rozsądnym. Zwłaszcza że odpada osobne noszenie baterii, panelu i plątaniny kabli.
Przy pełnym słońcu ładowanie baterii przez panel ma trwać około 8-10 godzin. Producent szacuje, że zgromadzona energia wystarczy na mniej więcej 20 pełnych ładowań iPhone’a 15 albo dwa-trzy doładowania 13-calowego MacBooka Pro. To liczby, które warto czytać jako orientacyjne, bo rzeczywiste zużycie laptopa potrafi zmieniać się diametralnie zależnie od pracy. Mimo to 270 Wh jest pojemnością sensowną dla cyfrowego ekwipunku jednej lub dwóch osób na krótki wyjazd.
Do dyspozycji są jeden port USB-A i dwa USB-C, przy czym USB-C oferują moc do 100 W. W praktyce oznacza to obsługę laptopa, telefonu, drona, aparatu czy lampy USB. Iris T1 potrafi również zasilać Starlink Mini przez około 4-6 godzin, co dla osób pracujących z dala od infrastruktury może być argumentem silniejszym niż najbardziej poetycki zachód słońca.

Trzeba znać granice tego pomysłu
Warto od razu ustawić oczekiwania. Iris T1 nie ma gniazdka AC i nie jest urządzeniem do zasilania lodówki turystycznej, kuchenki, czajnika czy grzejnika. Próba zamienienia go w elektrownię dla całego obozowiska byłaby jak oczekiwanie, że rower cargo przeprowadzi nas przez logistykę dużej przeprowadzki. Ma własną, całkiem konkretną specjalizację: elektronika mobilna i komunikacja.
Dla mnie to akurat zaleta, bo projekt nie udaje uniwersalności. Zbyt wiele stacji energii kupuje się na wszelki wypadek, a potem wozi w bagażniku jak kosztowny wyrzut sumienia. Iris T1 ma jasny scenariusz użycia. Rozstawiam go na postoju, oddaję mu telefony, komputer, drona i ewentualnie terminal internetowy, a po kilku godzinach pakuję dalej. Można też dokupić dodatkowy akumulator 270 Wh lub lżejszy wariant 99 Wh, jeśli wyjazd jest dłuższy.
Urządzenie ma być odporne na deszcz w części panelowej, wiatr i temperatury sięgające 56,7°C. Brzmi obiecująco, choć deklaracje wytrzymałości wolę weryfikować dopiero po dłuższym kontakcie ze sprzętem, szczególnie gdy w grę wchodzą ruchome elementy. Mechanizm śledzenia słońca musi przetrwać kurz, wilgoć, wiatr i wielokrotne pakowanie. Właśnie tam okaże się, czy pomysł jest trwałym narzędziem, czy efektowną demonstracją inżynierii.

Cena każe policzyć nie tylko watogodziny
Iris T1 jest oferowany w kampanii crowdfundingowej za 1120 dolarów, czyli około 4 480 zł, z baterią 270 Wh. Planowana cena detaliczna ma wynieść 1495 dolarów, czyli około 5 980 zł. Dodatkowa bateria 270 Wh kosztuje 285 dolarów, czyli około 1 140 zł, a wariant 99 Wh – 185 dolarów, czyli około 740 zł. To poziom cenowy, przy którym trudno mówić o spontanicznym zakupie przed weekendem pod namiotem.
Płacimy tu za integrację, mobilność oraz automatyczne śledzenie słońca, a nie za rekordową pojemność. Zwykła stacja z większą baterią i osobnym panelem może być tańsza w przeliczeniu na watogodzinę. Będzie też bardziej niezgrabna, wolniejsza w rozstawianiu i mniej chętna do dbania o kierunek panelu. Dla części osób różnica pozostanie kosmetyczna. Dla kogoś, kto regularnie pracuje z auta, podróżuje z aparaturą lub potrzebuje Starlinka poza siecią, może oznaczać wygodę, za którą da się zapłacić.
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie omijałabym szerokim łukiem: to kampania crowdfundingowa. Firma ma już wcześniejszy generator w realizacji, ale wspieranie projektu nadal nie jest zakupem gotowego produktu z półki. Globalne wysyłki Iris T1 zapowiedziano na czerwiec 2027 roku. Przy tak odległym terminie rozsądek podpowiada traktować wpłatę jako świadome wsparcie projektu obarczone ryzykiem, a nie jako pewny element wyposażenia na następne wakacje.
